Piotr Kardas, Maciej Gutowski: Media publiczne i uciekający tweet

Niefortunność można tłumaczyć niesubordynacją, niedopatrzeniem lub brakiem kompetencji językowych. Bo trudno uwierzyć, że to krytyka władzy.

Tweet TVP Info z godz. 11.28 24 grudnia 2020 r., w którym zdjęcie lidera ugrupowania sprawującego od kilku lat władzę opatrzono komentarzem: „Niech 2021 będzie rokiem, w którym ta zaraza się zakończy”, okazał się hitem dnia. Zaskakiwał doborem treści wizualnej oraz werbalnej i wymową niezwykłą w swej wieloznaczności. Można odnieść wrażenie, że poszukując form przekazu trafiających do maksymalnie szerokiego kręgu odbiorców – tym razem chodzi o telewizję publiczną – mocno przestrzeliła, trafiając poza cel wyznaczony i konsekwentnie osiągany od kilku lat. Sama stała się ofiarą własnego dążenia do maksymalnego zbanalizowania nachalnego przekazu. Publikując twitterową wiadomość, uzyskano efekt, który w swej słowno-graficznej wymowie znalazł się niemalże poza dopuszczalnymi granicami swobody mediów. Wprawdzie media publiczne zobowiązane są do krytycznych wypowiedzi pod adresem rządzących, a ich misją jest patrzenie władzy na ręce, jednak zestawienie obrazu i tekstu w wigilijne przedpołudnie musiało zaskoczyć nie tylko zagorzałych entuzjastów publicznego przekazu.

Nie jesteśmy szczególnie uwrażliwionymi estetami, ale skoro na Jacka Kurskiego padły ostre słowa krytyki po zestawieniu Donalda Tuska z Wehrmachtem, nie mniejsze powinny go spotkać za zasugerowanie, że obóz polityczny reprezentowany przez uwidocznionego na tweecie polityka można określić mianem „zarazy”.

CO NA TO STRASBURG

Takie określenie trudno byłoby umieścić nawet w ugruntowanym orzecznictwie ETPCz co do wykonywania praw politycznych. Nawet z uwzględnieniem, że ograniczenia wolności wypowiedzi mediów o politykach są mniej restrykcyjne niż o osobach prywatnych. W toku tego typu oceny ETPCz nakazuje brać pod uwagę ogólną zasadę wolności słowa, prawo mediów do krytycznego spojrzenia, prawo do satyry i ośmieszania. Pamiętamy uchwałę siedmiu sędziów Izby Cywilnej Sądu Najwyższego z 18 lutego 2005 r. (III CZP 53/04), eksponującą interes publiczny wyrażający się, w wypadku publikacji prasowych, w urzeczywistnianiu zasad jawności życia publicznego i prawa społeczeństwa do informacji, w której SN wskazał wprost, że „dotyczy on sfery życia publicznego, takiej więc, w ramach której można mówić zarówno o istnieniu potrzeby ważnej w demokratycznym społeczeństwie otwartej debaty publicznej, jak i o takim prawie do uzyskiwania informacji, które wymaga realizacji przez środki społecznego przekazu”.
W tym przypadku jednak mówimy nie tyle o granicach merytorycznej krytyki, ile o dopuszczalności formułowania wypowiedzi o charakterze ośmieszającym i obraźliwym.

WIĘCEJ NIŻ NIEFORTUNNE

Oczywiście rozumiemy, że twitterową niefortunność tłumaczyć będzie można niesubordynacją, niedopatrzeniem lub brakiem kompetencji językowych. Że nikt już dzisiaj nie wierzy w to, że w mediach publicznych mogłoby dojść do przesadnej krytyki obozu władzy. Ale gdyby jednak na moment założyć, że telewizja publiczna po prostu skorzystała z radykalnej krytyki w ramach konstytucyjnej wolności mediów? Ile spraw by to rozwiązało. Czy nie podważyłoby to ciągnącej się od lat krytyki telewizji publicznej z powodu ostentacyjnego sprzyjania partii rządzącej? Czy nie zakwestionowałoby supozycji, że publicznie finansowane media nie wykazują odpowiedniego dystansu z powodu zależności finansowych i organizacyjnych od polityków? Czy nie przekreśliłoby zasadności zarzutów, że z mediów publicznych usunięto wszystkich niezależnych dziennikarzy i pozostawiono jedynie tych, którzy zdecydowali się wspierać rządzącą większość? Naruszający dobra osobiste lidera partii rządzącej wpis na Twitterze mógłby nie tylko tym tezom przeczyć, lecz również gasić obawy związane z tzw. repolonizacją mediów. Oczywiście fatalne byłoby, gdyby media stały się zależne od rządzących polityków, gdyby politycy mogli wpływać na politykę informacyjną mediów. Gdyby wypaczenie funkcji mediów podważało fundamenty demokracji, w której wolność prasy podlega regułom określonym w art. 14 konstytucji gwarantującym wolność prasy i innych środków społecznego przekazu. Realne zagrożenie dla wolności mediów byłoby powodem do najpoważniejszych obaw. Ale przecież postrzegany w tym kontekście twitterowy wpis mógłby dowodzić tezy zupełnie przeciwnej. Wręcz służyć za przykład, że media publiczne w krytyce niekiedy przekraczają granice dobrych obyczajów, i to nawet z uwzględnieniem tego, że rządzący politycy powinni mieć „grubą skórę”.

NOWY SĄD MA SPRAWĘ?

Gdyby przyjąć założony powyżej kontekst, zupełnie niezasadne okazałyby się również słowa krytyki pod adresem ministra sprawiedliwości za projekt ustawy o ochronie wolności słowa w internecie. Miałby zapewnić ministerstwu narzędzia pozwalające odwołać się do organu władnego rozstrzygnąć, czy dane treści w mediach społecznościowych naruszają dobra osobiste lub być może nawet dochodzi do cenzury. Postrzegane w kontekście twitterowego wpisu słowa ministra sprawiedliwości, że organem takim miałby być całkowicie niezależny i niezawisły sąd, byłyby iście uspokajające. Pozwoliłyby odzyskać wiarę, że dotychczas jedynie brak takiego organu nie pozwolił utemperować ostrza krytyki telewizji publicznej, w tym zwłaszcza skierowanej pod adresem większości parlamentarnej. Ten kontekst pozwala w pełni dostrzec zasadność stwierdzenia, że imperium medialne kierowane przez Jacka Kurskiego należy poddać demokratycznej kontroli niezawisłych sądów. Dobrze, że tę kontrolę uruchomi minister sprawiedliwości. Pozwoli nam to spać całkowicie spokojnie.

Maciej Gutowski
Piotr Kardas


Autorzy są profesorami prawa i adwokatami

Opublikowano w: Rzeczpospolita.pl 28 grudnia 2020 r.