Zło – fragment powieści

Przez wiele lat nie mogłem wymazać twarzy tego człowieka z pamięci. To był starszy pan, w starym dobrym stylu, farbował włosy na czarno, nosił się w eleganckich marynarkach, które nakładał na białą koszulę. Do dziś dźwięczy mi w uszach jego ciepły głos. Był po sześćdziesiątce, lekko kuśtykał i mówił cicho, co strasznie denerwowało sędziego. 

Młody człowiek z łańcuchem na szyi i godłem na piersiach był obcesowy i stronniczy wobec mojego klienta. Starszy pan miał też jakieś problemy ze słuchem, często więc  musiałem powtarzać mu pewne kwestie, które wygłaszali inni uczestnicy procesu. Był inżynierem instalacji wodnych, od wielu lat na rencie. Nie wyglądał na swój wiek. Oczytany, znający języki. Rozmowa z nim to była przyjemność. Z żoną, wziętą panią architekt, wiedli spokojne i dostatnie życie. Dość mocno je sobie jednak skomplikowali, kiedy zdecydowali się zatrudnić pomoc domową. Nie przypuściłbym, by łączyło go coś więcej z tą dziewczyną, niż tylko przyjaźń. Miała niespełna dwadzieścia lat. Mam ją przed oczyma. Niska, w okularach, krótko ścięta szatynka, taka „kupa w jagodach” – jak mówił  adwokat, który bronił jej z urzędu. Fakt: Na ulicy, nie zwrócił bym na nią specjalnej uwagi.  Pochodziła z rodziny, która nie dbała o dzieci. Matka ich porzuciła a ojciec permanentnie żył w pijanym widzie. Jej młodsze rodzeństwo na wniosek opieki społecznej zabrano do domu dziecka. Jako rodzina zastępcza opiekowała się bratem, chłopak miał wtedy szesnaście lat. 

Biegli psychiatrzy dostrzegli w związku dziewczyny i starszego pana relację mistrza i uczennicy. Mój klient namawiał ją, by się uczyła, wyrwała z patologicznego domu i zawalczyła o siebie póki jest młoda. Mówił, że nie będzie żałować, że każdy ma szanse i choć najtrudniej zacząć coś w życiu od nowa to potem będzie już łatwiej. Chciała zostać krawcową. Miała za sobą rok nauki w zawodówce, ale jakoś jej nie szło i rzuciła szkołę kilka lat wcześniej. Perswazja podziałała. Za namową mistrza poszła do technikum zaocznego, prowadzonego przy miejscowej fabryce koszul. Wynajęła z młodszym bratem pokój, zerwała kontakt z wiecznie pijanym ojcem i za jakiś czas obudziła się w lepszym życiu. Zaczęła się lepiej ubierać, używać  perfum. Na rozprawie, po kilku miesiącach aresztu, znów była szarą myszką.

Być może sprawa by się rozmyła, ale podobno nie ma zbrodni doskonałych. Z drugiej strony, kto to wie, skoro tych doskonałych nikt nie ma interesu ujawnić.

Gdy pani architekt, od kilku już dni nie pojawiła się w domu, starszy pan inżynier, zawiadomił policję. Według relacji rodziny zaginionej,  dziewczyna miała z nim romans. Podobno całowała go w rękę a on kupował jej kwiaty. Krótko przed zaginięciem, pani architekt postawiła sprawę na ostrzu noża. Wybieraj, albo ja albo ona. Ludzie na stare lata nie będą się ze mnie śmiać. 

– Ludzie to głupcy. Moje samopoczucie nie zależy od tego, co mówią – odpowiedział starszy pan. 

Dziewczyna pękła już w trakcie pierwszego przesłuchania. Wskazała miejsce ukrycia zwłok. Odmówiła jednak  składania wyjaśnień w szerszym zakresie i tego samego dnia sąd zastosował wobec niej areszt.  Według biegłego anatomopatologa, który sporządził do akt sprawy opinię,  na ciele zmarłej ujawniono kilkadziesiąt ran kłutych i mniej więcej tyleż samo rąbanych. Ofiara wykrwawiła się na skutek przerwania tętnicy szyjnej i to była bezpośrednia przyczyna jej zgonu. Według innych biegłych rany kłute zostały zadane różnymi narzędziami, na co wskazywały dwa rodzaje przekrojów ran w skórze denatki. Z powyższym korespondowało ustalenie, że intensywność a w zasadzie siła uderzeń, która spowodowała ujawnione obrażenia również była dwojakiego rodzaju. Wreszcie, zgodnie z treścią opinii, nie było możliwości, żeby jedna osoba zadała aż tyle ran w różnych miejscach korpusu ofiary a ich umiejscowienie wskazywało, że sprawcy byli różnego wzrostu. Narzędzi przestępstwa nigdy nie odnaleziono. 

Do obrony najął mnie sąsiad mężczyzny. Dobrze zapłacił, bo był przekonany, że starszy pan jest niewinny. 

Byłem pełen obaw, co do jego optymizmu. Po kilku wizytach w areszcie klient wyznał mi, że pomógł jedynie w ukryciu zwłok i nie ma nic wspólnego ze zbrodnią. 

Kiedy, w dniu morderstwa, przyszedł z zakupów, zastał dziewczynę z  nożem, stojącą nad ciałem w kuchni. Było pełno krwi.  Zrobiło mu się jej żal. Płakała jak dziecko. Posprzątali więc w domu, a ciało zakopali w ogródku. 

Wyjaśnienia, które złożyła dziewczyna brzmiały identycznie, z tym, że według jej wersji, kiedy przyszła do domu, nad ciałem kobiety, z ociekającym nożem,  stał jej mąż. 

Kwestię winy obojga, poza innymi okolicznościami, przesądziła opinia biegłych zgodnie z którą sprawców było co najmniej dwóch. Wiedząc co się święci namawiałem go, żeby podał więcej szczegółów. Tłumaczyłem, że co do zasady, jego odpowiedzialność nie budzi żadnych wątpliwości. 

Chciałem walczyć o jak najniższy wymiar kary, ale klient musiałby się przyznać. Sugerowałem, że być może zazdrosna żona była agresywna, urządzała mu awantury albo sprowokowała go jakoś inaczej. 

Nie chciał nawet o tym słyszeć. Skończyło się źle dla obojga. Dziewczynie sąd wymierzył piętnaście lat, jemu dziesięć więcej. Po wyroku, zanim konwój zakuł go w kajdanki, ostatni raz podałem mu rękę.

Patrzył mi w oczy, a potem powiedział:

– Nie zrobiłem tego.

Kłamał? Chyba tak.

Napisałem jeszcze apelację, której sąd wyższej instancji, rzecz jasna, nie uwzględnił. Wiem od innych klientów, którzy odbywali z nim karę w tym samym zakładzie, że przy każdej okazji podkreślał, że został wrobiony. 

Nie mam w zwyczaju odwiedzać klientów po sprawie  ale wiem, że nie miał lekko. Uczył młodych więźniów języków i matematyki. Chodziła fama, że lubi chłopaków. 

Dla własnego bezpieczeństwa, po pewnych przykrych incydentach, dostał jednoosobową celę. 

Zmarł, krótko potem, na zawał. Raczej nie miał rodziny, a może rodzina nie chciała do niego się przyznać. Pochowano go za pieniądze podatnika. 

Myślałem o nim czasem, kiedy miałem styczność z jakimś starszym eleganckim mężczyzną. Podobno do końca życia wysyłał dziewczynie kartki z okazji imienin i urodzin do zakładu karnego, w którym odbywała karę i zachęcał ją, by się uczyła. Więzienia obecnie dają taką możliwość. 

Dziewczyna być może miała wyrzuty, a może po prostu pretensję wobec młodszego brata, który przestał ją odwiedzać i odpowiadać na listy. 

Podobno tuż po wyroku rozpił się i wrócił na melinę do ojca. W chwili, kiedy doszło do zbrodni, była z nim związana i chciała go  chronić.  Napisała do sądu, który wydał wyrok, list zawierający rzeczywisty przebieg zdarzeń w którym wskazała winnych: zamordowanie żony mojego klienta to był pomysł tego młodego chłopaka. 

Bał się, że siostra straci pracę i będą musieli wrócić do ojca. Siostra naszła na nich do kuchni gdy zadawał jej ciosy. Często pomagał siostrze, krzątał się wokół domu, więc jego obecność nie wzbudziła podejrzeń starszej pani. Kiedy kobieta usiłowała się bronić, dziewczyna chwaciła za nóż i pomogła bratu dokończyć sprawy. Po wszystkim chłopak uciekł, ona została sama ze zwłokami. Dalszą część tej historii poznałem z wyjaśnień mojego klienta. 

Nikt się jednak nie zainteresował jej listem, który wysłała do sądu. Nie było ciśnienia, nie miał kto popychać sprawy, dowiedziałem się o tym długo po fakcie. Chodzi już po wolności. Podobno jej obecny narzeczony jest czterdzieści lat od niej starszy i równie elegancki jak mój klient .

Jej adwokat, który został ustanowiony z urzędu, powiedział mi kiedyś, że gdyby nie fakt, że mój klient, jako pierwszy złożył wyjaśnienia, nie wymyśliłaby podobnej historii. Przyznał, że bardzo mu pasowało, by opowiedzieć ją identycznie. Chwilę przed rozprawą byli ugadani, że dziewczyna dalej będzie milczeć. To była spontaniczna decyzja.

– Wiedziałeś, że to jej brat? – Spytałem.

Uśmiechnął się zagadkowo.

Zastanawiałem się cały czas jakbym postąpił będąc na jego miejscu. Czy również strzegłbym powierzonej mi tajemnicy, respektując prawo i obowiązki? 

Czy też mając świadomość, że łamię komuś życie, uchybiłbym tym powinnościom?


Zło – powieść adwokata Artura Nowaka i dziennikarza Mariusza Zielke